Nagłe zatrzymanie krążenia przychodzi znienacka. Zazwyczaj w najmniej oczekiwanym momencie. Zaskoczyło też pewnego strażaka podczas nocnej akcji ratunkowej, który, wezwany do gaszenia pożaru, po prostu osunął się na ziemię.

37-letni Michał Kaczmarek jest strażakiem ochotnikiem od 10 lat. Pewnej nocy został wezwany do gaszenia palącego się budynku. Z samej akcji niewiele pamięta, pomimo faktu, że prowadził wóz strażacki – był kierowcą.

Projekt AED: Co pamięta Pan z tego zdarzenia?

Michał Kaczmarek: Niewiele. Wykonywałem strażackie polecenia, ale już tego nie pamiętam – wszystko wiem z opowieści kolegów. Dojechaliśmy na miejsce, było sporo ludzi na balkonach, którzy krzyczeli, by ich ratować, bo paliło się auto w garażu podziemnym. Pomagałem w rozwijaniu linii gaśniczej, biegłem z rozdzielaczem. Koledzy krzyczeli, żebym puścił wodę, a ja już kucałem i opuszczałem głowę coraz niżej i niżej. Koledzy zauważyli, że coś jest nie tak, i przybiegli do mnie. Miałem mocno zaciśnięte zęby i płytki oddech. To było nagłe zatrzymanie krążenia.

Czy mieliście ze sobą defibrylator AED?

Tak, defibrylator znajdował się w wozie strażackim. Cała akcja ratunkowa trwała 18 minut – w tym czasie AED pracowało bez przerwy. Koledzy wykonywali polecenia defibrylatora w oczekiwaniu na karetkę, która jechała na miejsce zdarzenia około 20 minut.

Czy urządzenie zawsze jest z Wami podczas akcji?

Zawsze. Mało tego – dostaliśmy defibrylator od Rady Sołeckiej w kwietniu 2018 roku, a pierwszy raz był wykorzystany we wrześniu, właśnie na mnie. Teraz złożyliśmy wniosek o kolejny defibrylator AED i dostaliśmy go. Będzie znajdował się w drugim, mniejszym wozie strażackim.

Czy gdyby to nie byli strażacy, tylko zwykli ludzie, poradziliby sobie z defibrylatorem?

Może się wydawać, że strażak jest lepiej wyszkolony. Jednak AED to urządzenie doskonale opisane, które wydaje jasne polecenia i instrukcje, więc każdy, kto go używa, wie, co ma zrobić w danym momencie. Najważniejsze są spokój oraz opanowanie, bo nadmierne zdenerwowanie może utrudnić reanimację. Natomiast wszystkie potrzebne informacje płyną prosto z urządzenia.

Co było później?

Po przyjechaniu karetki zostałem przetransportowany o szpitala, gdzie odzyskałem przytomność, jednak nic nie pamiętam z pierwszych dwóch dni spędzonych w szpitalu (chociaż podobno rozmawiałem z żoną i kolegami). Spędziłem tam jeszcze dwa tygodnie. Wszczepiono mi kardiowerter – stymulator razem z rozrusznikiem serca. Następne 4 miesiące spędziłem w domu na zwolnieniu lekarskim.

Dlaczego zatrzymało się serce?

Nie stwierdzono u mnie, od czego zatrzymało się serce. Miałem robioną koronografię (z ręki) i wszystko było porządku, żyły były drożne, a mimo to serce się zatrzymało. Moim zdaniem to adrenalina za mocno się udzieliła tego dnia. Nigdy wcześniej nie miałem żadnych dolegliwości sercowych. Ale ja to przeżywałem ze względu na to, że jestem strażakiem – ode mnie zależy ludzkie życie, trzeba zrobić wszystko dobrze, dojechać na czas i nerwy dają się we znaki. Sam moment zawycia syreny to bardzo wysoka adrenalina. Nie mówiąc o tym, że jedziesz o ludzi, którzy są w niebezpieczeństwie i potrzebują pomocy.

Teraz sprawność mojego serca wynosi około 40%, czyli nie mam dużego zapasu. Każdą infekcję muszę wyleczyć, odleżeć.

Czy pan jest zawodowym strażakiem?

Nie. Należę do ochotniczej straży pożarnej w gminie Rokietnica. Natomiast straż państwowa poprosiła mnie o wyrażenie zgody, żeby moja sytuacja była wykorzystywana na szkoleniach strażackich.

Gdyby nie było defibrylatora, to ta sytuacja mogłaby się zupełnie inaczej skończyć. Szczególnie, że wcześniej nic nie wskazywało na problemy z sercem – nic mnie nie kłuło, nie bolała mnie głowa… Prawdopodobnie przyczyną było zbyt szybkie wybudzenie ze snu i nagła, duża dawka stresu i adrenaliny związanej z wezwaniem na akcję. Pamiętam tylko jazdę samochodem do jednostki, nie pamiętam nawet, jak prowadziłem wóz strażacki.

Gdy przestałem reagować na polecenia, koledzy podbiegli do mnie, rozdarli mi koszulkę i rozpoczęli reanimację – pozostali od razu pobiegli do wozu strażackiego po defibrylator AED.

Z jakich powodów złożyliście wniosek o drugi defibrylator?

Po sytuacji, która mnie spotkała, stwierdziliśmy, że defibrylator w drugim wozie strażackim jest konieczny, żeby nie przekładać go z auta do auta, bo nie zawsze na akcje jadą dwa samochody. Teraz defibrylatory będą zawsze pod ręką, a my gotowi do udzielenia pomocy.

Czy zdarza się, że to właśnie Wy, strażacy, udzielacie pierwszej pomocy?

Tak, to się zdarza. Często jesteśmy na miejscu zdarzenia przed karetką i to na nas spoczywa ten obowiązek. Reanimujemy, dopóki nie przyjedzie lekarz. Teraz, gdy mamy pod ręką defibrylator, wiemy, że możemy udzielić pomocy na najwyższym poziomie, bo mamy do tego odpowiedni sprzęt.

W naszej gminie są cztery jednostki, jedni wyjeżdżają częściej, drudzy mniej – w zależności od lokalizacji. Ale ten sprzęt, choćby miał być użyty raz, powinien znaleźć się w każdej z nich, bo to już jedno uratowane życie. Sam coraz częściej widuję defibrylatory AED, na przykład u nas w przychodni, wisi na ścianie przy głównym wejściu. To naprawdę duże ułatwienie dla ludzi, którzy będą udzielać pierwszej pomocy.

Jak się zachować w takiej sytuacji?

Najtrudniej jest wykonać pierwszy krok. Szczególnie osobom, które nigdy wcześniej tego nie robiły. Najszybciej zareaguje osoba, której zawód jest związany z ratowaniem życia – lekarz, pielęgniarka, ratownik medyczny czy właśnie strażak. Świadomość niestety jest bardzo mała i ludzie nie zdają sobie sprawy, że nawet samo uciskanie klatki piersiowej może wiele zdziałać. Jednak z defibrylatorem AED reanimacja jest naprawdę prosta – wystarczy uważnie słuchać oraz wykonywać polecenia urządzenia.

*

Historia strażaka z Rokietnicy mogła przydarzyć się każdemu z nas. Warto pamiętać o tym, że w każdym momencie możemy stać się zarówno osobą potrzebującą pomocy, jak i tą, która jest w stanie tej pomocy udzielić. Bądźmy więc czujni i zawsze gotowi uratować komuś życie – jak się okazuje, to wcale nie takie trudne. Zwłaszcza kiedy ma się AED 😊